Dywersyfikacja Warzechowo-Ziemkiewiczowa = "Synergia"
Tak jak wiele osób, śledzę debatę Warzecha vs Ziemkiewicz (obecnie zdaje sie Warzecha+Karłowicz+Skwieciński vs Ziemkiewicz+Wencel+Lichocka). Przez dłuższy czas nie mogłem się opowiedzieć po żadnej stronie. Jak czytałem red. Warzechę, myślałem: to ma sens. Gdy potem czytałem replikę Ziemkiewicza to od razu przechodziłem do konfederatów.
Dziś jednakowoż – przy goleniu nawiasem mówiąc – coś do mnie dotarło: To właśnie ten kretyński imperatyw, każący nam się opowiadać po którejść ze stron wiedzie nas na manowce!
Co w tym złego, że obozy są dwa? Niech Wencel sobie siedzi okopany w bunkrze konfederatów a Warzecha niech się wypuszcza na terytorium wroga i z benedyktyńską cierpliwością ugniata Lisa i jego widzów.
Czy na prawdę byłoby dobrze gdyby –hipotetycznie - Warzecha przekonał Wencla, że należy opuścić bunkier i szarpać się z jakąś Olejnik? No chyba nie. Czy byłoby dobrze gdyby Wencel przekonał Warzechę, że trzeba zejść do podziemia? Też nie. Potrzebni są jedni i drudzy. W ten sposób – jeśli oczywiście uznamy, że walczymy we wspólnej sprawie (a tak jest bo ostatecznie liczy się dla nas dobro Rzeczpospolitej) dywersyfikujemy nasze wysiłki a co za tym idzie, w tym właśnie jest zaleta a nie wada dwóch obozów:
Ludzie mają różne temperamenty. Niektórych przekona Wencel i odnajdą się w drugim obiegu. Innych za Chiny Ludowe Wencel by nie przekonał bo wolą inną narrację. Do tych może dotrze Warzecha.
Pokusiłbym się nawet o tezę, że dzięki dwóm obozom właśnie zachodzi coś na kształt synergii (choć nie do końca stąd cudzysłów w tytule). Tzn. dwa obozy grając inne melodie ugrają więcej niż gdyby zdecydowały się połączyć i grać tę samą melodię.
Idiotyczne zatem jest zatem jedynie pohukiwanie jednych na drugich „A wy powinniście robić tak jak my bo to podejście jest lepsze”. Wcale nie prawda. Ani lepsze ani gorsze. Po prostu inne.
Niech każdy zatem walczy taką szablą jaka mu lepiej leży w dłoni.
Będzie o tym mój tekst w poniedziałkowym "URze", zachęcam do lektury (najlepiej poprzedzonej lekturą tekstu prof. Krasnodębskiego z ostatniego numeru).
Pozdrawiam